Dzień zapowiadał się zwyczajnie. Kolejny nudny, wypełniony rutyną
poranek. Stygnąca kawa, stojąca na pliku papierów, wydzwaniający bez przerwy
telefon, cotygodniowe spotkanie w pokoju konferencyjnym. Plama po kawie na
ważnym dokumencie, ktoś składający skargę na kiepski serwis, menadżer
niezadowolony z tego miesięcznych statystyk. Jeszcze przed lunchem większość
pracowników była nerwowa, a zaraz po, nerwy zamieniły się w czystą panikę.
Pierwsza o problemie dowiedziała się sekretarka. Coś było nie tak.
Coś było poważnie nie w porządku, skoro nie było jej przy biurku. Stara, dobra
Lacey nigdy nie opuszczała swojego miejsca, nie licząc swoich dwóch
piętnastominutowych przerw o dwunastej i trzeciej. Wybiła pierwsza trzydzieści,
a frontowe biurko stało puste.
Lacey niespokojnie przestawała z nogi na nogę, wykręcała sobie palce i
zagryzała dolną wargę, czekając na reakcję menadżera. Jej zazwyczaj idealnie
ułożone w koku, siwe włosy dziś były bardziej zmierzwione, jakby kobieta łapała
się wielokrotnie za głowę. Jej świeżo wyprasowana, biała koszula wystawała
nieco zza paska ołówkowej, szarej spódnicy, a karminowa szminka prawie
całkowicie zniknęła z jej blednących ust. Pan Hawkes w końcu podniósł głowę
znad oglądanego dokumentu, a na jego twarzy malowało się niedowierzanie i
narastający strach.