Showing posts with label kingofhell. Show all posts
Showing posts with label kingofhell. Show all posts

2. Historia trzech pokoi

Dzień zapowiadał się zwyczajnie. Kolejny nudny, wypełniony rutyną poranek. Stygnąca kawa, stojąca na pliku papierów, wydzwaniający bez przerwy telefon, cotygodniowe spotkanie w pokoju konferencyjnym. Plama po kawie na ważnym dokumencie, ktoś składający skargę na kiepski serwis, menadżer niezadowolony z tego miesięcznych statystyk. Jeszcze przed lunchem większość pracowników była nerwowa, a zaraz po, nerwy zamieniły się w czystą panikę.
Pierwsza o problemie dowiedziała się sekretarka. Coś było nie tak. Coś było poważnie nie w porządku, skoro nie było jej przy biurku. Stara, dobra Lacey nigdy nie opuszczała swojego miejsca, nie licząc swoich dwóch piętnastominutowych przerw o dwunastej i trzeciej. Wybiła pierwsza trzydzieści, a frontowe biurko stało puste.
Lacey niespokojnie przestawała z nogi na nogę, wykręcała sobie palce i zagryzała dolną wargę, czekając na reakcję menadżera. Jej zazwyczaj idealnie ułożone w koku, siwe włosy dziś były bardziej zmierzwione, jakby kobieta łapała się wielokrotnie za głowę. Jej świeżo wyprasowana, biała koszula wystawała nieco zza paska ołówkowej, szarej spódnicy, a karminowa szminka prawie całkowicie zniknęła z jej blednących ust. Pan Hawkes w końcu podniósł głowę znad oglądanego dokumentu, a na jego twarzy malowało się niedowierzanie i narastający strach.

1. Morderstwo na uniwersytecie

Prawie dokładnie rok wcześniej...
Gdyby ktoś zdecydował się na poranny spacer i przypadkiem zawędrował aż na ciche i spokojne obrzeża Kalifornii, pełne domków jednorodzinnych o schludnie przystrzyżonych trawnikach i rabatkach pełnych kwiatów, jego wzrok przykułaby jedna, szczególna posiadłość. Dom ten, należący do komendanta kalifornijskiej policji i jego rodziny, był najstarszy w okolicy, a jego mieszkańcy chętnie podkreślali tę zaletę, nie zmieniając architektury budynku i pozwalając jej przyciągać uwagę sąsiadów swoim pięknem. Niezwykle rozległa winorośl pięła się od fundamentów z lewej strony pięknego budynku, ciągnęła się przez całą jego przednią część, a kończyła przy oknie sypialni po prawej stronie, na pierwszym piętrze.
To właśnie do tej sypialni co rano wpadały pierwsze promienie słońca. Przenikały przez delikatne, zielonkawe firanki i padały na schludnie zaścielone łóżko o kwiecistej pościeli. Mieszkaniec owej sypialni nie spał już od kilku godzin, zbyt podekscytowany, by myśleć o czymś tak przyziemnym jak sen. Gdyby bliżej zapoznać się z tym pokojem moglibyśmy dojść do kilku wniosków... Jego mieszkanką była dziewczyna, a sądząc po sposobie, w jaki wszystkie przedmioty były uporządkowane, można było założyć, że jest ona osobą o konkretnie ustalonym celu w życiu, może nieco pedantyczną, ale na pewno sumienną.
Nieznajomy mógłby pomyśleć, że tylko na podstawie tego, co znalazłby w tym pokoju byłby w stanie bez problemu określić charakter dziewczyny. I byłby w wielkim błędzie, gdyż owa lokatorka udekorowała i wyposażyła swój pokój z niepokojącą premedytacją. Aby ją poznać trzeba było wymyślić nieco bardziej wyszukany sposób niż zerkania do jej okna. A nie było to łatwe, gdyż ona zwyczajnie nie chciała być poznawana.

Prolog

Christelle przechadzała się wąskimi ścieżkami cmentarnymi, zadowolona, że miejsce, do którego tak lubiła wracać, było o tej porze całkowicie opustoszałe. Naprawdę potrzebowała tego momentu ciszy i spokoju, by ułożyć sobie wszystko w głowie i być gotową na ponowne zmierzenie się ze światem. Jej długie, czarne włosy powiewały na łagodnym wietrze wraz z nieodłącznym, szmaragdowym szalem. Nie spieszyła się. Nie dzisiaj. Wystawiła twarz do ostatnich, choć wciąż ciepłych promieni jesiennego słońca i podążyła wzrokiem po otaczającym ją krajobrazie. Rozległa połać zieleni usłana była drobnymi, szarymi nagrobkami i gdzieniegdzie poprzecinana utworzonymi przez ludzkie stopy dróżkami. Nie był to jeden z tych bardzo przygnębiających widoków kojarzonych z miejscami pochówku. Szczególnie w świetle zachodzącego słońca przestrzeń wydawała się ciepła i kojarzyła się Christelle z wakacjami dzieciństwa, spędzonymi na farmie u dziadków. Może właśnie dlatego tak często tu wracała?
Z lekkim uśmiechem na ustach i melancholią w sercu, dziewczyna kierowała się do swego ulubionego miejsca przesiadywań. Jedynego, o którym jeszcze nie zdążyli się dowiedzieć. A przynajmniej taką miała nadzieję. Skręciła w jedną z bocznych, nieczęsto uczęszczanych ścieżek. Trawa była tu ledwie udeptana, nagrobki po obu stronach brudne i zaniedbane, a epitafia ledwo widoczne.
Starając się nie zwracać uwagi na ten dość przygnębiający widok, Christelle doszła do końca ścieżki, gdzie pomiędzy kilkoma niewysokimi drzewami stała w cieniu ławka. Dziewczyna powolnym krokiem przeszła pod łagodnym łukiem, jaki tworzyły gałęzie. Jedną rękę przezornie wyciągając przed siebie. Aż za dobrze pamiętała jak przy jej ostatniej wizycie wkroczyła wprost w rozłożystą, lepką pajęczynę rozciągniętą pomiędzy nienaruszanymi gałęziami drzew. Gdy z satysfakcją upewniła się, że żaden pająk nie pozostawił tu swojej pułapki, zbliżyła się do drewnianej ławki i opadła na nią ciężko. Po chwili podkuliła nogi, obejmując je ramionami i brodę opierając na kolanie, a wzrok wbiła w dziko rosnące kwiaty nieopodal grobu niejakiego Adriena Moreau. Ostatnie promienie słońca, zalewające całą zieloną przestrzeń nadal grzały mocno, jednak brunetka siedząca w cieniu wcale tego nie odczuwała. Ukryta przez naturę, w spokoju mogła pogrążyć się w rozmyślaniach, mając nadzieję, że nikt jej tu nie przeszkodzi.
^